Dlaczego czytanie składu INCI nie jest najlepszą metodą wyboru kosmetyku?

12.03.2018 | Magda Komorowska

Jad węża, śluz ślimaka, owoce kiwi, siara bydlęca, nasienie byka… Nie, nie mam zamiaru nikogo obrażać. To co przed chwilą wymieniłam to składniki, które można zobaczyć w niektórych kosmetykach dostępnych na rynku. Myślę, że można by było wymieniać jeszcze wiele innych, dziwnych składników, a i tak nie wiem, czy moja wyobraźnia jest w stanie tak daleko zajść.

Wszyscy znamy tę zasadę: patrz na skład kosmetyku – im dalej wypisany składnik na liście INCI, tym mniejsza jego zawartość w preparacie.

Ok generalnie zgadzam się z tą tezą. I tylko z tym. Chociaż jak sami potem zobaczycie, sama podważę jej prawdziwość poniżej.

Lubisz bawić się w chemika?

Dla zwykłego śmiertelnika – nie chemika ciężko jest przewidzieć jaką konsystencję będzie miał dany krem, stopień ryzyka jego komedogenności na skórze oraz możliwość ewentualnych podrażnień. Nie jest to oczywiście niemożliwe do ocenienia czytając sam skład, ale wymaga to ogromnej wiedzy chemicznej i parominutowego skupienia umysłu.

Lubisz sprawdzać w aptece, drogerii czy innym sklepie skład kosmetyku, który właśnie wpadł Ci w ręce? Siedzisz kilka minut przed komputerem w Internecie, by dowiedzieć się co oznaczają wszystkie te angielskie, łacińskie i chemiczne nazwy? Najpierw zastanów się po co to robisz.

Pewnie dlatego, że taka jest po prostu… moda. Nawet i w tej kwestii można mówić o jakimś niedoścignionym trendzie. Wszyscy nagle chcą być ekspertami od rozpoznawania przydatności kosmetyku analizując wyłącznie jego skład. A ja takiemu procederowi mówię „nie”!

Ile jest kremu w kremie?

Po pierwsze dlatego, że nie znamy dokładnie procentowej zawartości składnika w danym kosmetyku. Ok, wiemy, że składnik jest trzeci na liście, ale co to dokładnie oznacza? Czy jest go 20% czy 0,2%? Tego nigdy się nie dowiemy.
 

Substancje, których wszyscy unikają

Po drugie poruszmy tutaj kontrowersyjny temat zawartości parabenów, parafiny, gliceryny i innych zniesławionych elementów w składzie kosmetyków. (Nawiasem mówiąc już niedługo Ania przygotuje dla Was wpis na bloga, w którym wyjaśni, czy należy się tych substancji w ogóle bać). Ktoś kiedyś gdzieś napisał albo powiedział, że tych składników trzeba unikać? A słyszałaś również takie opinie, że wymienione wyżej składniki wcale nie są tak naprawdę szkodliwe?
No właśnie. I kogo tutaj słuchać? Okazuje się, że obydwa punkty widzenia są poprawne!!!

Widziałam już różne pielęgnacje cer. Znam panią, która całe życie smaruje się kremem Nivea i jej cera wygląda tak nieziemsko promiennie i zachwycająco w wieku 50 lat, że sama marzę o tym, by tak kiedyś wyglądać. Znam też mnóstwo osób, które mimo dokładnej analizy składów ciągle mają problem z zaskórnikami i doborem właściwej pielęgnacji domowej.

Pewnie już się domyślasz skąd tak kolosalne różnice.

Moje motto w kosmetyce brzmi: „Wszystko jest dla ludzi”. Czyli idąc tym tokiem myślenia – te nieszczęsne parabeny i parafiny też są dla ludzi! Trzeba tylko wiedzieć dla JAKIEGO TYPU CERY są dedykowane. Którym cerom te składniki będą odpowiadały i nie spowodują żadnej szkody, a które cery od razu poczują negatywne skutki ich zastosowania.

Po to właśnie istnieją indywidualne konsultacje, takie jak nasze: KLIKNIJ, by pomóc kobietom odnaleźć swoją odpowiednią ścieżkę pielęgnacyjną, by wreszcie ustaliły raz na zawsze – „jaki typ cery posiadam?”

Czy dokładnie wiesz, jak krem powstał?

Po trzecie, my jako konsumenci, kompletnie nie mamy wglądu do technologii wytwarzania danego produktu. Czasem producent sam chwali się tym na etykiecie, opisując np.; „liposomowe serum z witaminą C”, albo „ze stabilną witaminą C”, albo „witamina C w kompleksie AA2G”. To daje jakiś mglisty obraz o tym, że producent trochę się postarał i nie włożył składników jak leci do bańki mieszającej masę kremową, tylko chciał, by jego preparat przynosił realne efekty na skórze.

Dalej nie wiadomo jednak, co robią pozostali gracze na rynku ze swoimi kremami podczas produkcji, ci, którzy nie chcą się pochwalić technologią, którą zastosowali…

Kto pierwszy na liście INCI, ten lepszy...

Kolejna rzecz, z którą muszę się rozprawić, a o której już wcześniej wspominałam: kolejność składników aktywnych na liście INCI. Jeśli odrzucasz krem, tylko dlatego, że główny składnik jest dziesiąty w kolejności, to robisz błąd. Oto dlaczego: często zawartość składnika producent określa w masie suchej. Przez to, mimo, że tego składnika jest dużo i przynosi on efekty na skórze, nie znajduje się on jako pierwszy w kolejce.

Skąd pochodzi ta koniczyna?

I ostatnia bardzo ważna rzecz: zastanów się, jak sprawdzisz jakość i pochodzenie składników? Cena kremu marki X z wyciągiem z koniczyny może znacząco różnić się od ceny kremu z tym samym składem, lecz marki Y. Powiesz pewnie, że to przez pozycję i rozpoznawalność jednej z nich – płacimy za znaną markę. Być może tak. Ale jest jeszcze druga strona medalu.

Może to wynikać z tego, że jedna z koniczyn jest pochodzenia naszych polskich ziem, a druga jest pozyskiwana z ekologicznych, trudno dostępnych miejsc w Amazonii (taki przykład mi się nasunął). Wtedy wiadomo, że producent musiał się mocno natrudzić, by w ogóle zdobyć tę roślinę, a dodatkowo koszty wytworzenia samego kremu znacząco wzrosły.

Jak widzisz czytanie składu INCI na kosmetyku nie jest taką prostą sprawą. Dziwią mnie wpisy na forach i portalach społecznościowych, w których ludzie wklejają długie składy i pytają innych co sądzą o danym preparacie. Nic nie są w stanie zasądzić, chyba, że posiadają prywatny numer do producenta i mogą wypytać go o szczegóły wprowadzenia kosmetyku na rynek.

Jakie kosmetyki ja wybieram?

Dlatego ja jestem zwolenniczką kupowania kremów profesjonalnych, tzn. takich, które można zakupić w gabinecie kosmetycznym, trychologicznym, czy medycyny estetycznej. Po pierwsze dlatego, że jako kosmetyczka wiem więcej niż zwykły śmiertelnik o pochodzeniu danego kosmetyku, znam jego specyfikację, wiem czy był uprzednio badany na rynku, jak był badany i mogę poprosić o dostęp do tych danych. Na upartego mogę nawet napisać bezpośredniego maila do fabryki i zadać im bardziej szczegółowe pytania. To jest właśnie ta wyższość kosmetyków profesjonalnych nad drogeryjnymi.

Absolutnie nie mówię tutaj, że sama nie odrzucam kremów ze względu na ich skład. Owszem robię to i to bardzo często przeglądając Wasze kosmetyczki! Ale robię to dlatego, że ustaliłam wcześniej odpowiednią kolejność: najpierw dowiaduję się jaki typ cery i jakie problemy ma osoba przychodząca na konsultację, a dopiero potem dopasowuję składniki pod potrzeby skóry. Nigdy na odwrót!

A jakie kosmetyki Ty kupujesz i czy długo zajmuje Ci analiza ich składu? Czy w ogóle zwracasz na to uwagę, czy ślepo wierzysz w obietnice producenta?

eBook